...czyli Ani różne różności i dziwactwa...

***
SZANUJMY SWOJE PRACE

Wszystkie prace, zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej zaznaczam to). Nie zezwalam na ich kopiowanie, wykorzystywanie, rozpowszechnianie, przetwarzanie w jakikolwiek sposób bez mojej zgody.

***

Kulinarnie

sobota, 17 kwietnia 2010

Właściwie nie wiem czy to ciastem można nazwać;P

Bardzo prosty śmietanowiec na zimno, nie za słodki, nie mdły, bardzo przyjemny dla podniebienia. Polecam!

Składniki :

  • 0,5 litra śmietany 30% lub 36%
  • 3 lub 4 galaretki w różnych kolorach
  • 3/4 szkl. cukru pudru
  • herbatniki
  • 2 łyżki żelatyny, rozpuszczonej w szklance gorącej wody (ostudzić)
  • kilka kropli aromatu śmietankowego

 Przygotowanie:

2 dowolne galaretki rozpuścić wcześniej, każdą w 1 i 1/4 szkl. gorącej wody. Zastygnięte pokroić w kostkę. Herbatniki podzielić na mniejsze kawałki.

Śmietanę lekko ubić z cukrem pudrem i aromatem. Do śmietany dodać pokrojone galaretki i herbatniki, po ok. 3 min. wlać ostudzoną żelatynę i dobrze wymieszać. Całość przelać do tortownicy i wstawić do lodówki. Po zastygnięciu na wierzch można wyłożyć owoce (u mnie bez owoców) i polać tężejącą galaretką (lub dwiema).

* Zamiast żelatyny można użyć galaretki rozpuszczonej w 1 i 1/4 szkl. gorącej wody, np. czerwona galaretka zabarwi ciasto na czerwono:)

 

Smacznego!

 

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Usilnie starałam się nie myśleć o tym, co mnie dziś czekało... Odsuwałam od siebie tę myśl jak tylko mogłam, nawet nieźle mi to wychodziło. Lecz i tak nieuchronnie musiało to nadejść.

Usunięcie zęba.

Brrr... Mąż ze mną pojechał, przede wszystkim po to, żebym nie uciekła, bo o ile leczenie to już fraszka, to wyrywanie - nigdy nie miałam tego zabiegu i umierałam ze strachu. Wprawdzie nic nie czułam oprócz grzebania (ave znieczulenie!!), ale to czego najbardziej się bałam, to krew. Nie jestem na ten widok zbyt odporna. Tak więc siedziałam z zaciśniętymi mocno powiekami. Całość nie trwała długo - może z 10 minut.

Mąż okazał się przydatny, zwłaszcza przy doprowadzeniu mnie do samochodu i szybkiej acz ostrożnej jeździe do domu, bo miałam wrażenie, że za chwilę zwymiotuję:/

A po powrocie do domu i próbie zmiany opatrunku... No cóż, wrażenia pozostawię dla siebie.

Jakoś przeżyłam, ale ze zgrozą myślę o następnym razie i to już za tydzień:/

Na tym zakończę te mało przyjemne przeżycia dnia dzisiejszego. Nie było rady - trzeba było jakoś poprawić sobie nastrój;)

A powszechnie wiadomo, że nic nie poprawia tak nastroju jak..............?CZEKOLADA!! :D:D

( No może znalazłaby się jeszcze jedna równie przyjemna sprawa;P)

Kiedyś na którymś blogu przeczytałam, że jak już dokona się zakupu formy na muffinki to uzależnienie gwarantowane. A ja podpisuję się pod tymi słowami rękami i nogami. Odkąd nabyłam formę, stałam się absolutną wielbicielką tychże wypieków. Uwielbiam je za możliwość eksperymentowania, szybkość wykonania i poręczność ( idealne do zabrania na uczelnię:). No i są takie urocze:)

Wypróbowałam już sporo przepisów, jedne były zniewalające, inne troszkę mniej aczkolwiek też smaczne. Te jedyne najlepsze chyba już znalazłam, ale o nich innym razem.

Dziś postawiłam na czekoladę. Bo czekolada i muffinki to to, czego mi teraz potrzeba.

Przepis znalazłam u Viridianki (której blog serdecznie polecam).

Pozwolę sobie zamieścić go tutaj :

Czekoladowe muffinki Nigelli

Składniki na 12 muffinek:

  • 1 i ¾ szklanki mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • ½ łyżeczki sody
  • 2 łyżki stołowe dobrej jakości kakao
  • ¾ szklanki cukru pudru (dałam 2/3 szklanki)
  • ¾ szklanki czekoladowych groszków + ¼ szklanki do posypania (zastąpiłam posiekaną czekoladą - dałam mleczną i gorzką)
  • 1 szklanka mleka
  • ⅓ szklanki + 2 łyżeczki oleju
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii ( zastąpiłam aromatem waniliowym - swoją drogą muszę ten ekstrakt nabyć)

W jednym naczyniu wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, sodę, kakao i część czekolady, w drugim mleko, roztrzepane jajko, olej i wanilię. Składniki suche i mokre połączyć ze sobą, szybko wymieszać, aby tylko się połączyły. Formę do muffinów wyłożyć papilotkami (lub wysmarować tłuszczem i posypać mąką), napełnić je ciastem, posypać pozostałą czekoladą. Piec ok. 20 minut w temp. 200 st.

Są przepyszne!

Mięciutkie, mocno czekoladowe, pachnące, z dużą dawką energii:) Polecam!

niedziela, 21 marca 2010

Żeby nie było, że zawsze wszystko mi się udaje...

Wpis kulinarny, miał być wprawdzie muffinkowy, ale te się tak szybko zjadły, że zdjęcia nie ma. Zgapiłam się i zamiast zrobić od razu po upieczeniu to odłożyłam na później i tym sposobem - zdjęcia brak. Ale nic to, bo muffinki jeszcze dziś zostaną upieczone, więc wpis napewno się pojawi.

A wczoraj piekłam sernik. Mój pierwszy sernik w życiu. Napatrzyłam się na te wszystkie sernikowe cuda u Majanki, która jest moją boginią jeśli chodzi o ten rodzaj ciast. I pomyślałam - a spróbuję, raz kozie śmierć. Wybrałam ten przepis -  na sernik czekoladowy.

Nie wiem, czy wspominałam już, że jak mi na czymś bardzo zależy i bardzo się staram, to zawsze się coś schrzani??

No właśnie, tak też było i tym razem. Generalnie wszystko szło dobrze do momentu, kiedy dodałam do masy czekoladę. Chyba za mocno ją wystudziłam, bo po wlaniu do masy skawaliła mi się i nie chciała rozprowadzić. No trudno, pomyślałam, będzie sernik z kawałkami czekolady. Wylałam masę do formy i do piekarnika. Dziwnie wysoko wyrósł ( a może nie dziwnie - nie wiem, pierwszy raz piekłam) i mocno się przypiekł na wierzchu - taka trochę skorupka się zrobiła. Piekł się godzinę i wyglądał na gotowy. Wyłączyłam. No i po paru minutach nastąpiła katastrofa. Wysoki sernik opadł "do parteru". Taki niziutki się zrobił. Myślę - zakalec jak nic... Ale polałam go czekoladą, wsadziłam go na noc do lodówki, szkoda mi było wyrzucić.

Dziś rano spróbowałam tego mojego "zakalca". I wiecie co? Chociaż nie wyszło mi to ciasto (co widać na pierwszy rzut oka -wystarczy porównać zdjęcia moje i Majanki), to nie przeszkadza mu to w byciu nieprzyzwoicie smacznym;)

Uwaga!

Pokazuję i proszę się nie śmiać :

Cóż, trudno się mówi, trzeba iść dalej. Nie udało się, ale i tak metodą prób i błędów nauczę się w końcu piec sernik;)

piątek, 12 marca 2010

Tak właśnie.

Jak w poniedziałek chodziło za mną ciasto, tak od wczoraj wręcz nie mogłam się opędzić od chęci na ciasteczka. Takiej ochoty narobiła mi Majanka swoim przepisem na ciasteczka wiosenne.

Bardzo dawno nie piekłam ciastek, a przydałoby się coś słodkiego do pochrupania. No i dzisiaj zakasałam rękawy i ciasteczka już są na talerzu:)

Jedyną moją zmianą w tym przepisie jest skórka pomarańczowa zamiast cytrynowej. Ciastka są bardzo kruche, delikatne, rozpływają się w ustach. I ten zapach:) Są idealne do filiżanki herbaty czy ciepłego kakao.

Polecam! Przepis tu ( klik ).

****

I jeszcze pokażę mój ostatni nabytek, który dziś trafił do moich rąk:

Zapewne domyślacie się, co to oznacza ;)

Ps. Dziękuję za wszystkie miłe słowa na temat wymiankowego kompleciku. Niezwykle przyjemnie jest coś takiego czytać:) Aż chce się dalej tworzyć:)

poniedziałek, 08 marca 2010

Dzień jak co dzień.  Właściwie nic szczególnego.

Nie miałam dziś zajęć na uczelni, więc mogłam troszkę się zrelaksować. Odwiedziłam dentystkę i kolejny ząbek zaleczony - góra w zasadzie już zrobiona, nie licząc tych do usunięcia, teraz zostaje dół, więc generalnie do przodu:) Zadziwiająco szybko idzie;)

Próbowałam napisać kolejny fragment mojej pracy, ale wybitnie mi dzisiaj nie szło.

Cały dzień chodziło za mną jakieś ciasto, niemal czułam jego smak w ustach. Przymierzałam się do brownies, ale jakoś tak...troszkę się go bałam, ale i tak niedługo wypróbuję, bo bardzo, bardzo mnie kusi...

Poprzeglądałam blogi, nacieszyłam oczy, i wybór padł na murzynka z kruszonką.

Przepis od Edysi (klik)

W trakcie pieczenia stwierdziłam, że mogłam je włożyć do innej formy, bo zadziwiająco wysokie urosło. Obawiałam się, czy upiecze się w środku, ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Ciasto wyszło bardzo mięciutkie, puszyste i delikatne, chociaż jak stwierdził Mąż, bardziej smakuje mu z polewą czekoladową, co jednak nie przeszkadzało w zajadaniu się tym smakołykiem:)

Coraz częściej przemykają mi przez głowę myśli o założeniu bloga kulinarnego . Tak, tak wiem - śmieszne;) co prawda na razie tworzę niewiele w porównaniu z innymi, ale uwielbiam urzędować w kuchni, pitrasić, a zwłaszcza piec. Byłaby taka moja niby-książka kulinarna. No ale zobaczymy, na razie to taki niewinny pomysł;)

Wracając jednak do myśli przewodniej. Dzień zwyczajny. A może jednak nie do końca?

Mąż przygotował dziś obiad, kolację również. Kwiatów co prawda nie było (bo te w kwiaciarni były już oklapłe i brzydkie), otrzymałam za to w prezencie czekoladę - Mąż wie, jaki ze mnie czekoladoholik:) I jak uwielbiam wszystkie limitowane czekoladowe edycje;) I tak dostałam czekoladę podwójnie nadziewaną : porzeczkowo - gruszkową. Najbardziej smakuje mi to gruszkowe nadzienie - powinni je wprowadzić do stałej produkcji.

Dużo rozmów, wino przy kolacji.Bardzo, bardzo miło.

Cały dzień się uśmiecham:)

Niby tak samo, a jednak inaczej:)

niedziela, 28 lutego 2010

Już niedziela... Czas zbyt szybko upływa - budzę się w poniedziałek, za chwilę jest już piątek.

Na początku chcę pochwalić mojego Męża. Nie wiem, czy mówiłam, że to zapalony komputerowiec - samouk. Bez przerwy ściąga do domu jakies zepsute komputery, laptopy itp, a potem siedzi nad tym godzinami, dłubie i w końcu naprawia:) Ostatnio też przywiózł jakieś graty, pozamawiał części, pozamieniał podzespoły i takim też sposobem dostałam swój własny, osobisty laptop:D Ma co prawda duńską klawiaturę z jakimiś nowymi, dziwnymi znaczkami, ale już rozszyfrowałam, co gdzie jest;) Może nie jest zbyt urodziwy, ale całkiem szybki, sprawny i dobrze działa:) A to najważniejsze! I już bardzo go polubiłam:)

Poczyniłam krok milowy w mojej studenckiej karierze - mianowicie w środę oddałam do sprawdzenia pierwszy, wymęczony rozdział mojej pracy magisterskiej - niewiele to, ale przynajmniej jakiś początek, nie jestem już zawieszona w próżni jak do tej pory. Literatura do następnego rozdziału już jest, od jutra znów biorę się za pisanie. Mam nadzieję, że teraz już szybciej pójdzie.

Za mną również kolejne dwie wizyty u dentystki. Moje ząbki powolutku nabierają wyglądu:)

Od piątku mamy gości - przyjechała rodzinka z Torunia, a wczoraj odwiedzili do nas również znajomi. Zatem kolejny raz mogłam poeksperymentować kulinarnie:) I oprócz sprawdzonych pyszności przygotowałam nowe ciasto, które wypatrzyłam jakiś czas temu u Majanki i od razu wiedziałam, że muszę je upiec. Nieskromnie przyznam, że jestem z siebie dumna, bo to mój pierwszy biszkopt i udał się wyśmienicie:) nawet teść je pochwalił, chyba po raz pierwszy. I przepis powędrował dalej w świat:)

Moje ciasto wygląda tak:

A przepis, z którego korzystałam, znajdziecie tutaj.

Gorąco polecam!

****

Robótkowo przygotowuję niespodziankę wymiankową. Pierwszy upominek jest już gotowy, pozstaje go odpowiednio oprawić, pozostałe czekają na ukończenie. Mam nadzieję, że uda mi się wysłać je w środę lub w czwartek.

 
1 , 2 , 3