...czyli Ani różne różności i dziwactwa...

***
SZANUJMY SWOJE PRACE

Wszystkie prace, zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej zaznaczam to). Nie zezwalam na ich kopiowanie, wykorzystywanie, rozpowszechnianie, przetwarzanie w jakikolwiek sposób bez mojej zgody.

***
niedziela, 28 czerwca 2009

Już dawno się obudziłam. Leżę sobie w łóżku, obok mnie Mąż. Jeszcze smacznie sobie śpi, od czasu do czasu cicho pochrapuje, przekręcając się na drugi bok. Patrzę na niego, na jego spokojną twarz, zamkniete powieki, przemykający czasem prawie niewidoczny uśmiech. I czuję radość, taką zwykłą ludzką radość i szczęście.

Że jest tutaj.

Że śpi obok mnie a nie w jakimś dalekim hotelu na Litwie.

Że mogę na niego patrzeć.

Że jest bezpieczny.

Zabawne - nie widzieliśmy się tylko kilkanaście godzin. I nie wiem, skąd ta tęsknota, która wypełniała całą mnie. Przecież jak jest w pracy to też wraca późno, nieraz 2-3 w nocy. I też tęsknię, ale jak kładę się spać, to wiem, że za dwie, trzy godziny on wróci, położy się obok mnie, przytuli. A tam - tyle kilometrów do przejechania, przemęczenie, wiadomo, różne sytuacje się na drodze zdarzają, wariatów nie brakuje. I sam fakt, że tak był daleko. Sam. Nieosiągalny. Czekanie na telefon, że wszystko ok...

Dlatego zwyczajnie cieszę się, że jest już blisko mnie. I od wczoraj nie mogę przestać się uśmiechać:) 

piątek, 26 czerwca 2009

Kiedy wyjdzie słońce?? Tak na dłużej, nie tylko na chwilę?

Ta pogoda mnie wykańcza, chodzę zupełnie wyzuta z energii, osowiała. Gdzieś głęboko ukryły się mój optymizm, dobry humor i radość życia. I nic mi się nie chce...

W krzyżykach coś tam czasem dłubnę. Kotek ma już dwoje oczu i powiększa mu się głowa. Ale żeby siebie ( i Was) nie zanudzać wciąż jednym haftem, zrobiłam sobie przerywniczek - malutki hafcik - wakacyjną świnkę czytającą. Milutko i szybko się ją wyszywało:)

Zbliżenie:)

  

 

****

Wysłali Męża z pracy samochodem na Litwę. Samego. 16 godzin jazdy. Ma wrócić jutro rano. I już wiem, że nie będę spała całą noc... 

 

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Wszystko jest na dobrej drodze. Dużo rozmawiamy, staramy się spędzać razem więcej czasu. Wczoraj spędziliśmy wieczór, oglądając film, przytulając się i gadając. Było bardzo miło... A dziś wspólnie przyrządziliśmy dżem z czereśni. Uwielbiam jak mój Mąż krząta się ze mną w kuchni, kiedy pichcimy coś razem. Nie mogę się już doczekać jesieni, kiedy będziemy mieli własną kuchnię na górze... Obecnie jesteśmy na etapie projektowania i oglądania mebli, oraz łapania się za głowę przy obliczaniu kosztów, ale nic to...

Mam pracę. Dorywczą co prawda i raczej nie na długo, ale dobre i to. Zawsze przyda się parę groszy. Pomagam w zakładzie krawieckim, w którym pracuje moja mama.

W związku  z tym mam dużo mniej czasu na krzyżykowanie, ale mimo to mój tygrysek rośnie sobie powoli- właśnie pojawiło się oko;) 

 

 

Mhmm, a tu prezentuję ciasto, które zrobiłam wczoraj z niewielką pomoca mojej mamy. Ciasto "Chatka" - bez pieczenia (uwielbiam takie ciasta), bardzo proste w przygotowaniu. Wyszło pyszne, co mnie zaskoczyło, biorąc pod uwagę, że jestem totalnym beztalenciem kulinarnym;)

Proszę się częstować:)

piątek, 19 czerwca 2009

Na wstępie chciałam podziękować za słowa wsparcia. Bardzo mi pomogły, skłoniły do przemyśleń, dały nadzieję...

Nie jest łatwo. Ale lepiej niż było.

Wczoraj długo rozmawialiśmy. Trudna rozmowa. Próbowałam Mężowi powiedzieć, co mnie boli i dlaczego, o moich wątpliwościach, uczuciach. O tym jak bardzo czuję się w tym małżeństwie samotna. Tłumaczyłam, mówiłam o tym jak się oddaliliśmy, o tym że mamy różne priorytety, co innego jest dla nas ważne, że się pogubiliśmy, zagubiliśmy tę radość bycia ze sobą. I napomknęłam o mieszkaniu z teściami - w sensie, że to utrudnia nam bardzo wiele rzeczy. A on podciągnął pod to wszystko, co mu powiedziałam i wywnioskował, że to JA wszystko komplikuję właśnie dlatego, że mieszkamy tutaj a nie oddzielnie. Długo musiałam mu tłumaczyć, że to nie tak...

Owszem, mieszkanie z teściami jest trudne i bywa bardzo uciążliwe. Tylko teraz nie mamy możliwości, żeby zamieszkać tylko we dwoje i musimy przystosować się do tej sytuacji. Zwłaszcza ja, bo to dla mnie obcy dom. Przeszkadza mi, że ciągle ktoś mnie obserwuje, patrzy co robię, jak robię. Może i jestem takim trochę odludkiem, lubię czasem pobyć sama - tutaj nie mogę tego robić bez komentarza, że się odcinam, separuje od innych (znaczy się : teściów). Trudno mi tutaj, nie zaprzeczę...

Tylko że nie o to mi chodziło. Żeby sie nad sobą użalać. Tłumaczyłam. I już prawie zwątpiłam. Były łzy, długa cisza. I nagle powiedział, że rozumie. Że nie chodzi mi o to, że w ogóle tu mieszkamy, tylko o to, jak jest między nami. Że spędzamy ze sobą za mało czasu. Nawet gdy go mamy, to spędzamy go oddzielnie, trwonimy na głupoty. Że jesteśmy obok siebie a nie ze sobą.

I to był przełom. Przytulił mnie mocno i szepnął : "Ja przecież tak bardzo Cię kocham".

Po długiej rozmowie zasnęłam w jego ramionach, bo od rana cały dzień koszmarnie bolała mnie głowa. Jego ramiona - moja przystań... Najbezpieczniejsze miejsce na świecie...

Nie poddamy się. Jesteśmy silni naszą miłością. Niejedno już przetrwaliśmy. Na nowo odbudujemy nasze Szczęście...

Ps. Do Carpediem : jesteśmy małżeństwem dopiero 10 miesięcy, ale parą jesteśmy już prawie 8 lat. I odpowiedziałam sobie na pytanie jakie mi podsunęłaś. Odpowiedź jest jak najbardziej pozytywna. Mimo wszystko, nadal kocham Go najbardziej na świecie...

środa, 17 czerwca 2009

Późny wieczór. Samotny.

Tysiące myśli krążących po głowie, przemykających z prędkością światła tak, że ciężko którąś uchwycić na dłużej. Wspomnienia ostatnich dni, tygodni. Bolesne wspomnienia - bo było źle, bardzo źle i ciężko. Krzyczałam, złościłam się, płakałam, potem zamykałam w sobie. Same negatywne emocje. U Męża to samo. Myślałam, że jednak jakoś daliśmy sobie radę, ale chyba nie do końca.

Być może zbyt wiele się wydarzyło między nami złych chwil, może zbyt dużo wypowiedzianych przykrych słów, bolesnych gestów. Może to wszystko poszło za daleko, może ocknęliśmy się, kiedy jest już za późno...

Wczoraj Mąż wrócił wcześniej z pracy - mówił, że specjalnie starał się skończyć jak najwcześniej i wrócić jak najszybciej, abyśmy mogli pobyć razem, porozmawiać. Tylko że...Przygotowaną przeze mnie kolację jadł przed monitorem, a potem całkowicie oddał się jakiejś grze na komputerze. Nie przerywałam mu, nie pytałam. Poczułam, że nie chce być ze mną, rozmawiać, spędzić razem czasu. I wtedy zrozumiałam, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie. Za bardzo. Za daleko.

W nocy, kiedy obydwoje leżeliśmy już w łóżku i przytulaliśmy się do siebie, w najgłębszym zakamarku duszy czułam tę obcość. To już nie my - czy MY w ogóle jeszcze istniejemy?

Gdzieś po drodze zagubiliśmy tę radość bycia ze sobą, sponatniczność, wzajemny uśmiech. Nasze malutkie szczęście niepostrzeżenie wymknęło nam się z rąk. Nie potrafimy się cieszyć drobnymi sprawami, codziennymi czynnościami. Niczego nie robimy razem. Zgubiliśmy siebie - ja Jego, On mnie.

Faktem jest, że komunikacja, kompromisy, szczerość i rozmowa w ogóle bardzo u nas szwankuje. Staramy się, tylko co z tego...

Boję się, że przegapiliśmy to, co najważniejsze. Że już się nie odnajdziemy...

Wakacje czas zacząć! Ostatni egzamin zaliczony pozytywnie, wpis do indeksu poczyniony. 4 rok studiów uważam za zakończony;)

Zakupki dziś zrobiłam. Byłam w L'eclercu kupić dla mojej mamy kuferek na drobiazgi hafciarskie i znalazłam takie oto pudełko z szufladkami :

Wprost idealne do przechowywania muliny, bo szufladki są jak zrobione na wymiar do bobinek:

Odwiedziłam też pasmanterię i zaopatrzyłam się w kilka motków cieniowanej mulinki. Kuferek z DMC nadal stoi na półce więc kto chętny, niech sie wybiera.

 

Korzystając z wolnych dni, opiekuję się troskliwie moim tygryskiem, któremu wyrosło drugie ucho i kawałek głowy;)

W głowie mnóstwo haftowankowych pomysłów, oby starczyło mi wakacji na ich zrealizowanie;)

 
1 , 2 , 3